Miałam iść do sklepu. Musze kupić sobie jakieś szybkie do łyknięcia jedzenie, kawę (już dawno nie ma, ileż można okradać współlokatorki?), czapkę i nowego Focusa. Może jeszcze ten miesięcznik o filmach. Kino? Nie pamiętam nazwy. Na poprzedniej (?) okładce był Tomasz Kot z "Bogowie". Przeczytałam połowę w Empiku, zanim przyjechał mój pociąg do domu, przed wyjazdem na Wszystkich Świętych. Takie tam...
Miałam iść, ale się boję. Przestrzeni, ludzi, światła - wszystkich tych wrażeń.
---
Nie chcę być dowolną osobą z otoczenia. Nie chcę być lustrem. Chcę być sobą. Próbowałam wczoraj, w pracy zachować ten rodzaj świadomości, kontaktu ze samą sobą, jak wtedy, gdy jestem sama. Ten komfort. Nic z tego. To silniejsze ode mnie. Nie umiem, nie wiem jak.
Wiem, że to dar. Wiem, że nie poradziłabym sobie bez niego, za nic w świecie nie wtopiłabym się w tłum, ani nie była w stanie nawiązać nawet namiastki relacji. Ludzie lubią podobne do siebie osoby...
Wiem też jak bardzo mnie to rozprasza. Jak bardzo sprawia, że czuję się zagubiona. Nieadekwatna. Nie wiem kim jestem. Nie czuję "siebie". Mylę się. Zapominam się.
To jedna z tych rzeczy, które bardzo trudno wytłumaczyć.
Jeśli się nie wyłączę, to przy innych nie umiem być sobą. Jestem nimi. Ich złość jest moja. Ich pogarda jest moja. Ich śmiech i smutek jest mój. Pół biedy z pozytywnymi emocjami... Jeśli nie pamiętam by zapytać siebie "dlaczego czuję to, co czuję?", a jeśli nie mogę wskazać powodu: "kto w tym pomieszczeniu to czuje?", to potrafię się mocno pogubić i zareagować wbrew sobie.
Jest jeszcze jeden moment, kiedy na pewno jestem sobą.
---
Ile miałam wtedy lat? Siedem? Osiem? A on był sam. Myślałam, że może na kogoś czekał. Może się zgubił? Usiadłam obok. Czekaliśmy razem. Był cieplutki i przyjazny. Mogliśmy sobie patrzeć w oczy bez przeszkód. Był poważny, jak na szczeniaka. Spędziliśmy razem cały dzień. Poszedł za mną do domu. Tłumaczyłam, że nie może ze mną iść. Matka za nic się nie zgodzi. Wiem, bo wiele razy wcześniej ją prosiłam, żeby pozwoliła mi mieć psa. Miałam fioła na punkcie psów... Wypożyczałam tygodniowo do dwunastu książek na ich temat z miejscowej biblioteki...
Można powiedzieć, że zawarłam z nim ugodę. Cichaczem wyniosłam z domu sweter. Położyłam go pod niskim balkonem na dworze (bardzo niskim, ale dla mnie i psa akurat), żeby miał gdzie spać. Powiedziałam, że przyjdę jutro.
Taka sytuacja trwała dobre cztery dni. Czwartego dnia wieczorem pies przyszedł pod moje drzwi i zaszczekał...
Poprosiłam matkę raz jeszcze. Powiedziałam jej wszystko. Widziałam, że jej opór zmalał, że już, że prawie, prawie...
Ale powiedziała nie.
Rozpłakałam się, zabrałam psa i zaniosłam go z powrotem pod balkon, przepraszając przez całą drogę.
Dzień później na podwórku afera. Miejscowy postrach, nastolatek, zrzucił jakiegoś psa z balkonu i połamał mu nogi.
Jedna z sąsiadek próbowała go ratować. Widziałam go raz jeszcze, w jej domu. Jego spojrzenie powiedziało mi "Ufałem Ci - dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego na to pozwoliłaś?"
---
Przepraszam, maleńki...
Wiesz, moja matka ciągle ma koszmary w których męczą małe zwierzęta.
---
Wspominam to uczucie w palcach, które daje głaskanie sierści...
Po tym jak to się stało postanowiłam, że gdy dorosnę sama przygarnę psa i nikt nie będzie miał nic do gadania. I co? Co teraz?
To poważna, odpowiedzialna sprawa. A ja mieszkam na stancjach. Pracuję. Nie ma mnie w domu co najmniej z dziewięć godzin. Pies byłby samotny. Nie chciałabym, żeby się czuł samotny... I kto by go wyprowadził na spacer?
Przecież ja teraz siebie nie mogę zmusić do spaceru (ani niczego innego), chociaż zaczynam być trochę głodna (to znaczy, że sytuacja krytyczna - w 99% przypadków nie odczuwam głodu i gdyby mój plan dnia nie obejmował posiłków mogłabym niczego nie zauważyć przez dłuższy czas).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz