środa, 26 listopada 2014

Wojna

Od rana walczę z przedmiotami, a one ze mną. Zaczęłam dzień od przywalenia głową w otwarte drzwiczki szafki, aż zrobiło mi się ciemno przed oczami.

(A prosiłam współlokatorkę - zamykaj drzwiczki).

Czekając aż mi się przejaśni tylko westchnęłam do siebie "typowe". Kiedyś pewnie coś sobie złamię, albo urwę i też tylko tak westchnę.

---

Pamiętam jak w pierwszej pracy spadł na mnie (przypadkowo poruszony) żeliwny element konstrukcji wystawy. Koleżanki z pracy zbiegły się naokoło z okrzykami czy żyję i czy nic mi się nie stało.

- Nic mi nie jest -  westchnęłam, wstałam, otrzepałam ręce i podniosłam element, żeby go zamocować tam, gdzie był.

- O boże! Krew - usłyszałam.

Krew? Gdzie? Dotknęłam głowy i spojrzałam na swoje palce. No tak. Moja krew. I teraz trzeba sprawdzić, czy trzeba założyć szwy, kiedy ja nie mam czasu, bo chcę skończyć konstrukcję. Więc westchnęłam znowu. Kilkukrotnie wspominano to wydarzenie w żartach: że jestem człowiekiem z żelaza i jak to w ogóle możliwe, żeby zupełnie się nie przejąć czymś takim.

Kiedy dla mnie to tak częste, że aż nudne... Gdy mi się przytrafia pierwsze co czuję to zmęczenie i zniechęcenie. Czasem irytację. Że znowu trzeba przerwać to, co aktualnie robię i oszacować czy obrażenia są ważne, czy nie.

---



Moje palce dziś jeszcze nie ucierpiały, ale wracając z kuchni nie do końca trafiłam w drzwi.

Czasem mam ochotę oddać tym wszystkim rogom, ścianom, meblom itd. Czy to ten dzień, kiedy lepiej się nie poruszać i zostać w łóżku? Jeszcze nie wiem. Więc wzięłam się za odpowietrzanie grzejnika.

Sukces.

---

Dokładnie tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz