Od rana walczę z przedmiotami, a one ze mną. Zaczęłam dzień od przywalenia głową w otwarte drzwiczki szafki, aż zrobiło mi się ciemno przed oczami.
(A prosiłam współlokatorkę - zamykaj drzwiczki).
Czekając aż mi się przejaśni tylko westchnęłam do siebie "typowe". Kiedyś pewnie coś sobie złamię, albo urwę i też tylko tak westchnę.
---
Pamiętam jak w pierwszej pracy spadł na mnie (przypadkowo poruszony) żeliwny element konstrukcji wystawy. Koleżanki z pracy zbiegły się naokoło z okrzykami czy żyję i czy nic mi się nie stało.
- Nic mi nie jest - westchnęłam, wstałam, otrzepałam ręce i podniosłam element, żeby go zamocować tam, gdzie był.
- O boże! Krew - usłyszałam.
Krew? Gdzie? Dotknęłam głowy i spojrzałam na swoje palce. No tak. Moja krew. I teraz trzeba sprawdzić, czy trzeba założyć szwy, kiedy ja nie mam czasu, bo chcę skończyć konstrukcję. Więc westchnęłam znowu. Kilkukrotnie wspominano to wydarzenie w żartach: że jestem człowiekiem z żelaza i jak to w ogóle możliwe, żeby zupełnie się nie przejąć czymś takim.
Kiedy dla mnie to tak częste, że aż nudne... Gdy mi się przytrafia pierwsze co czuję to zmęczenie i zniechęcenie. Czasem irytację. Że znowu trzeba przerwać to, co aktualnie robię i oszacować czy obrażenia są ważne, czy nie.
---
Moje palce dziś jeszcze nie ucierpiały, ale wracając z kuchni nie do końca trafiłam w drzwi.
Czasem mam ochotę oddać tym wszystkim rogom, ścianom, meblom itd. Czy to ten dzień, kiedy lepiej się nie poruszać i zostać w łóżku? Jeszcze nie wiem. Więc wzięłam się za odpowietrzanie grzejnika.
Sukces.
---
Dokładnie tak.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz