poniedziałek, 24 listopada 2014

Współczucie i zrozumienie

W pracy usłyszałam rozmowę pomiędzy współpracownikami na temat koleżanki, która dziś miała wolne. O tym, że ma depresję, za bardzo się stresuje i przejmuje życiem zawodowym. Poświęciłam dyskretnie chwilę na obserwację tej scenki.

Wszystko zostało wypowiedziane w szyderczym tonie, pomiędzy wybuchami złośliwego śmiechu. Że kiedyś "żyłka jej pęknie" i że "urlop jej nie pomoże, jej to potrzebny jest dobry psychiatra, hahahahahaha" i że nie ma się co tak spinać i że nie da się z nią przez to pracować i "jak mam być z nią na zmianie to mnie szlag trafia".

Postrzegam dziewczynę odmiennie. Jako osobę ambitną, o ogromnym zasobie wiedzy, skoncentrowaną na pracy, konkretną i zaangażowaną. Jeśli byłabym zmuszona znowu wybrać kogoś z kim chcę zrealizować zadanie wybrałabym właśnie ją. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że zadanie zostałoby zrealizowane na czas, bez rozmów o dzieciach i pogodzie w trakcie... Dlatego, gdy mam zaplanowaną z nią zmianę oddycham z ulgą. Zauważyłam, że gdy ona potrzebuje czyjejś pomocy bardzo często zwraca się do mnie. Zawsze traktowała mnie dobrze. Jest nawet dla mnie miła.

Po prostu zawodowo pasujemy do siebie, a jeśli ktoś już zerka w kąt, w którym stoję, to jest to własnie ona.

No i... Nie rozumiem zupełnie co jest w tym śmiesznego, że ktoś źle się czuje od dłuższego czasu i nawet istnieje możliwość, że to się odbije na jego zdrowiu. Nie zauważyłam, żeby ktoś zareagował ze współczuciem, o którym tyle piszą w gazetach. Żeby ktoś z nią porozmawiał, zapytał co wymaga zmian, czego potrzebuje, żeby poczuć się lepiej i tym podobne. Nic z tych rzeczy. Za to żarty na ten temat były dziś tematem dnia.

(W ogóle o tym, że rozmawianie o kimś podczas jego nieobecności jest w złym tonie też jest podobno powszechnie wiadomo, więc dlaczego to się tak często dzieje?).

Co ja na to? Zrobiło mi się przykro, że żartują z czyichś słabych punktów. Że żartują z nieszczęścia. Albo z tego, że komuś na czymś zależy. I jestem trochę zła. To są Ci - jak to o sobie lubią z dumą mówić - "normalni" ludzie bez braków w empatii. Rechoczący nad cudzymi problemami. A to podobno ja jestem ta "nienormalna".

Też muszę być prześmieszna.

---

Ludzie... Pojedynczo niektórzy z ludzi są OK, ale chyba nigdy nie widziałam takiej grupy. Nigdy nie widziałam, żeby grupa zwróciła się z pomocą, czy zwykłym zrozumieniem do kogoś słabszego, mającego zły dzień, lub po prostu odmiennego. Wprost przeciwnie.


...


---

Słuchałam tych salw śmiechu, myślałam o tym wszystkim i zrobiłam idiotyczne błędy w dokumentach, które właśnie wypisywałam. Musiałam wydrukować formularze na nowo i wszystko przepisać jeszcze raz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz